Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Zaprzysiężeni". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Zaprzysiężeni". Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 czerwca 2015

"Zaprzysiężeni" Rozdział 4

Azalia stała w szlafroku na balkonie. Dochodziła dziewiąta. W głowie mieszały się różne myśli, jakby dodała za dużo przypraw do zupy i spojrzała do garnka. W środku pływała dziwna ciecz, a ona zapomniała, jak zrobiła coś takiego. Mieszkała z siostrą od dawna (żadna z nich nie wyszła za mąż), ale dopiero teraz zobaczyła, jak mało o niej wie. Dlaczego uciekła? Narobiła hałasu w nocy, pokój wyglądał, jakby ktoś ją napadł, wyszła, a potem wróciła do pokoju i wrzeszczała na jej widok. Nie wróciła rano. Gdzie jej szukać? Przestraszyła się czegoś i wybiegła. Czego? Jaką tajemnicę skrywała? Przyjaciele? Praca? Pewnie. Czemu nie. Wcześnie opuściła rodzinny dom. Wtedy jeszcze mieszkały z rodzicami w Fairze - mieście nauki, sztuki i magii.
Azalia czuła, że coś się święci i nie chciała, żeby ukochana siostrzyczka, przecież jeszcze dziecko wyruszyła w daleką podróż. Ale rodzice puścili ją i tak: "Nic się przecież nie stanie, jak trochę świata zwiedzi". Po ośmiu latach wróciła, ale nie do Fairy, do domu rodziców, tylko do niej, do Hwanku, do małego miasteczka. Wróciła i już nie pracowała, ale pieniędzy miała zawsze pod dostatkiem. O swojej pracy wspominała tylko kilka razy: przez pierwsze trzy lata się uczyła, dużo podróżowała, ale w końcu odeszła, bo zrozumiała, że to nie dla niej.
A co do przyjaciół... siostra kontaktowała się z tylko jedną osobą i może z kolegami przez te osiem lat. Ale ta jedna osoba mogła coś wiedzieć. A nawet jeżeli nie, to i tak warto ją odwiedzić. Tak samo jak Azalia, pasjonowała się roślinami.

Zapukała. Drzwi z ciężkiego drewna wkrótce się otworzyły. Stanął w nich niski pięćdziesięciolatek.
- Dzień dobry, Zielarko - ukłonił się z uśmiechem. - Napijesz się czegoś?
- Nie, dziękuję, ja ze sprawą do Dziewanny.
- Wejdź, Azalio i rozgość się! - jej głos dobiegł z sąsiedniego pokoju.
Siedziała na fotelu i czytała książkę. Uśmiechała się przez cały czas, ale jej uśmiech wyrażał coś odwrotnego. Smutna Dziewanna?
Jej twarz była niebieska.
- Co ci jest?
- Ale o co ci chodzi?
- Widać ci żyły na policzku.
- To? To nic. Nic takiego - Dziewanna zakłopotała się. - No dobrze. Powiem ci. Jestem chora. Na prawdę chora. Przeżyję jeszcze tylko miesiąc, jeśli nie zdobędę leków - jej oczy zamgliły się. - Proszę, nie mów Marii. To ją tylko zaboli. Jak już mnie nie będzie powiedz jej... powiedz, że wyjechałam.
- Niestety. Już jej nie powiem.
Dziewanna zbladła.
- Szare Cmentarze?
- Czy ty nie za dużo myślisz o śmierci? Powinnam cię częściej odwiedzać. Nie, jeszcze nie. Posłuchaj mnie teraz, bo chcę ją znaleźć: wczoraj w nocy usłyszałam hałasy na górze, w jej pokoju. Weszłam tam, a wszystko było powywracane do góry nogami. A potem weszła cicho jak kot i tak wrzasnęła... Wiesz, gdzie pracuje?
- A co to ma do rzeczy?
- Być może ma kłopoty.
- Kiedyś ją o to pytałam, ale nie odpowiedziała. Tak samo jak moja druga przyjaciółka i moja siostra.
- Ty masz siostrę?!
- Tak, a nie mówiłam ci? Zaczęła pracować dziesięć lat temu, potem widziałam ją tylko kilka razy. Pamiętam, że opowiadała mi o słabej dziewczynie, która lubi ubierać się na niebiesko. Moja siostra bardzo jej nie lubiła.
- Maria - wtrąciła Azalia. - Bardzo nie lubiła jakiejś Gery, Gerny, czy jakoś tak...
- Ygerny! To moja siostra.
- A ta druga przyjaciółka?
- Obiecałam, że nikomu nie wyjawię jej imienia. Ale chyba muszę. W końcu chodzi o Marię. Nazywa się Morwa. Ona też gdzieś zniknęła. Ostatnio dała i na leki dziesięć tysięcy niz!
Azalia wybuchnęła śmiechem. Dziewanna rzeczywiście spotykała się z dziwnymi ludźmi. Ale czy to ważne?
Na razie były całe i zdrowe.

sobota, 28 marca 2015

"Zaprzysiężeni" Rozdział 3

Pierwsza grupa wędrowała do Seriklonu, stolicy Nyi. Droga to miasta zajmowała trzy tygodnie- zwłaszcza, że Zaprzysiężeni szli piechotą, a Pierwszy Las przepełniały dziwne zwierzęta i ludożerne rośliny.
Białowłosa Alwa czuła się wyśmienicie. Dobra kondycja pomagała jej, poza tym mogła wspomóc nogi czarami. Współtowarzysze dziwili się, dlaczego tak rzadko używała magii, ale nie śmieli jej o to zapytać. Nawet Skała bał się czarodziejki, chociaż dorównywał jej rangą. Oboje przewodzili Zaprzysiężonym, chociaż to Alwa rządziła w większym stopniu. Niestety on ścigał złodzieja, a Przywódczyni z dobrze znanego sobie powodu nie mogła tego zrobić.
Czarodziejka przyjeżdżała się mocnym liściom młodych i starych drzew, starając się nie zważać na hałas rozmowy.
- Wiesz, że łączniki to nowy wynalazek Bezimiennego?
- Tak, wiem - Maria cierpliwie odpowiadała na pytania Nika. - Podobno służy do otwierania przejścia w polu siłowym, które chroni Nyę.
- Interesujesz się tym? Ja bardzo. Odkryłem to jakiś czas temu. Pamiętam ten dzień. Strasznie się nudziłem i wtedy mój Kamień zaczął świecić. Dotknąłem go i zobaczyłem działanie łączników! Mój Kamień jest żółty - wyjął z torby małą kulę. - A twój? Pokaż go.
- Bo widzisz... Nie mogę. Ktoś go ukradł. Druga grupa właśnie go szuka, a wy idziecie ze mną do Seriklonu. Rozumiesz... Jak umrę... Kamień uzna, że należy do złodzieja. W najlepszym razie będę dotykać Kamienia w chwili śmierci i on po prostu się rozpłynie.
- To ty jesteś Maria? Zdrajczyni. Jak mogłaś wrócić? Ja bym się nie odważył. Dlaczego dopuściłaś się... tego czynu?
Maria spojrzała na niego ze smutkiem.
- Mój Kamień mówi o śmierci.
Pokiwał głową i zamyślił się.
Maria przyjrzała się Nikowi. Blond włosy kręciły się na jego głowie jak sierść pudla. Duże oczy powiększały idealnie okrągłe szkła. Patrzył w dal, ale niczego nie widział. Myśliciel. Tacy jak on nie zajmują się zwyczajnymi sprawami.
Ktoś chwycił ją za rękę i pociągnął w swoją stronę. Drewniana bransoletka mignęła jej przed oczyma. Tylko jedna kobieta taką nosiła. Nie zdejmowała jej nawet do snu.
- I myślisz, że nie zauważyłam? - uścisk Ygerny był mocny i wściekły. - Opuściłaś nas, a teraz masz czelność wracać! Pokładaliśmy w tobie wielkie nadzieje, Przywódczyni myślała, że będziesz jej chlubą. Ty... ty nas zawiodłaś. I jeszcze śmiesz...
- Zostaw ją! - Wtrącił się blady mężczyzna z zębem rekina na szyi. Śnił się Marii tej nocy. Nazywał ją Dianą. - Zostaw ją w spokoju! Czy coś ci zrobiła?
- Dlaczego jej bronisz? - łuczniczka Diana odciągnęła go na bok. - Ona plotkuje o nas z Przywódczynią! Nie rozumiem cię. On, załatwią to po swojemu!
Maria próbowała się wyrwać, ale mocna dłoń Ygerny wciąż ją trzymała.
- Nie załatwią tego po swojemu - mężczyzna zbliżył się do Marii. - Puść ją!
- Dobrze, puszczę ją. Załatwimy to innym razem - mulatka puściła wyrywającą się Marię.
Alwa rozkoszowała się leśną ciszą. Nagle usłyszała kłótnię.
- Cicho tam! - znów zrobiło się tak cicho jak przedtem.
Maria obróciła się w kierunku Nika, żeby kontynuować rozmowę. Obróciła się w prawo. Obróciła się w lewo. Z tyłu też go nie było.
- Gdzie jest Nik? Nik? Wiecie gdzie jest Nik? On, Diana...
Alwa zniecierpliwiła się.
- Ciszej tam! Nie możecie choć przez chwilę się nie kłócić?
- Nika nie ma - krzyknęła Diana. - Pewnie znowu się zamyślił.
- Musimy go znaleźć - orzekła Przywódczyni. - Jest członkiem naszej drużyny.
- To nas spowolni - westchnęła Ygerna, ale musiała słuchać Alwy.
- Podbiegnijmy - zaproponowała Maria. - Mogło mu się coś stać.
Zaprzysiężeni dotarli do miejsca, w którym ostatnio widzieli Nika.
- Pomocy! - odezwał się zduszony krzyk. - Pomocy!
Sześciu Zaprzysiężonych stanęło w kole plecami do siebie. Co to za zwierzę napadło na Nika?
Maria zorientowała się, że nie znajdzie go w obrębie wzroku. Biegała po lesie. Jej wzrok przyciągnął kwiat, którego kielich był trochę mniejszy od niej. Wyglądała ładnie, ale ciężko by było trzymać ją w ogrodzie. Śmierdziała wymiotami i gniciem. Coś kopnęło roślinę od środka. Noga Nika. Już chciała przybliżyć się do kwiatu, ale magiczna siła Przywódczyni odciągnęła ją w ostatnim momencie. Kielich otworzył się z zamiarem połknięcia jej, ale zamiast tego Nik się uwolnił. Prawie. Kwiat znów go wessał do środka.
Alwa próbowała czarami pokonać roślinę, ale nie udało się.
- Przekroję to coś - On wyciągnął nóż.
- Nie! - zaprotestowała Przywódczyni. - Mógłbyś zabić i Nika i siebie.
- Wolałabyś, żeby to coś strawiło go żywcem?
- Nie to było w moich myślach. Spróbuj rzucić nożem, żeby przeciąć łodygę.
Spróbował On. Spróbowała Ygerna. Diana zastanowiła się.
Spudłowała raz, tydzień temu. Myślała, że jest niezawodna. Myliła się. A co, jeśli teraz też nie trafi? Nie chciała ryzykować życia Nika. Nie chciała mieć na sumieniu jego śmierci. Ale roślina trawiła go.



sobota, 7 lutego 2015

"Zaprzysiężeni", Rozdział 2

"Gdzie jestem?" - chłodne powietrze rozbudziło ją natychmiast.
Nastała wiosna dnia, Aiarna wstawała znad horyzontu.
Kwiaty otwierały się, ptaki śpiewały pieśń poranka. Maria zmrużyła oczy i przeciągnęła się. Nocny napad, ucieczka przed siostrą... Zobaczyła białowłosą kobietę wokół której latały fioletowe ogniki. Podniosła się z ziemi.
- Witaj, Alwo! - pomachała ręką.
- O, jesteś - Przywódczyni Zaprzysiężonych podbiegła do dziewczyny. Płomyki zgasły. - Zwykle nie przychodzisz... Polubiłaś naszą drużynę?
Alwa przemówiła z ironią, z wyraźnym wyrzutem. Maria od czterech lat nie pokazywała się na Zgromadzeniach. A teraz powie o stracie jednego z dwunastu najcenniejszych kamieni w całej Nyi, w całym kraju, w całym ich świecie. Ale czemu miałaby się wstydzić? Przecież nic złego nie zrobiła!
- Ktoś zabrał mój Kamień - wypaliła.
Alwa zamarła.
- Niebieski Kamień? Że... Kto?
- Ktoś go ukradł. Posłuchaj mnie: byłam przy tym. Wszedł do mnie przez okno. Uciekłam, pobiegłam do was.
Czarodziejka zmarszczyła brwi.
- Jest szósta. Spotkanie za sześć godzin. O której to się stało?
- Gdzieś... między pierwszą a trzecią.
Przywódczyni spojrzała na przyleśne drzewa, które osłaniały miejsce spotkań.
- Nie zdążymy.
- Czyli wszystko stracone?
- Jeszcze nie.
Skupiła się. Mleczno-błękitna mgła krążyła wokół jej głowy niczym aureola, rozdzieliła się na dziesięć części, a każda z nich pomknęła w innym kierunku.
Maria otworzyła szeroko oczy. Uwielbiała czary Przywódczyni, ich wizualną niezwykłość, a także świadomość, że wszystko dzieje się na prawdę.
- Powinni być za pięć minut - czarodziejka uśmiechnęła się.
- Wszyscy? Jak to zrobiłaś?
Alwa spojrzała na dziewczynę z ukosa.
- Pokażę ci, jak to działa. Najpierw wysyłam telepatyczną wiadomość do wszystkich Zaprzysiężonych. Mają pięć minut, żeby odpowiedzieć. Jeżeli w tym czasie powiedzą "tak", wysyłam ich w to miejsce.
- Za pomocą portalu czy punktów przenoszenia?
- Tego drugiego. Niedawno dowiedziałam się, że tworzenie prortali w końcu wykończy osobę, która czaruje, ale także tego, kto jest przenoszony. Lepiej korzystać z punktów... - białowłosa zerknęła na dziewczynę, która z uwagą przysłuchiwałasię mini wykładom o magii. - Na prawdę cię to jeszcze interesuje? Widziałam cię poraz ostatni cztery lata temu. Potem odeszłaś, a to właśnie był czas, kiedy wszyscy wasi mistrzowie umierali... Spotkałaś dwóch nowych: Ygerna i Eimono. Pamiętasz ich? No właśnie, tak poza tym, Werdżilla umarł. Stary Werdżilla! Miał wtedy sto dziesięć lat, bardzo dużo jak na Zaprzysiężonego... Co do Ygerny... nigdy cię nie polubiła, o ile pamiętasz, Eimono zresztą też nie. Ygerna, kiedy ostatni raz siedziałaś z nami przy wieczornym ognisku (wtedy zasnęłaś nad kiełbasą, pamiętasz to jeszcze?): "Ona nas zdradzi, mówię wam. Ucieknie i zostawi nas na lodzie." W pewnym sensie tak się stało... Ach... stary Werdżilla... on nie żyje. Jego następca, On, niedawno do nas dołączył (co za imię!). Proszę cię, Mario, w imię naszej przyjaźni... Nie denerwuj go za bardzo.
- Wiesz, że nie wchodzę w drogę ludziom typu Ygerny i Eimona - oczy Marii wyrażały głęboką pogardę. - Jak mogłaś pomyśleć coś takiego?!
- Nie to mam na myśli. On był jednym ze sług Bezimiennego... No wiesz, są z nim problemy dydaktyczne. Mamrocze przez sen coś o jakiejś przyjaciółce, którą zostawił po drugiej stronie... Mówiłam ci o tym? Nieważne, musieliśmy otworzyć pole siłowe, żeby go STAMTĄD wydobyć. No i najważniejsze: nie może pojąć, że nie wolno mu czuć.
Maria skrzywiła się. Ze wszystkich zasad panujących u Zaprzysiężonych tej nienawidziła najbardziej. Ale Alwa znowu zaczęła mówić.
- A wiesz, co chciałam ci powiedzieć? Odkryłam niedawno kwiat, myślę, że cię zainteresuje.
- Nie ma kwiatu, którego nie kojarzę choćby z nazwy - Maria uśmiechnęła się. - Dziewanna opowiadała mi o wielu kwiatach. Dziewanna; moja przyjaciółka.
- Przyjaciółka... - mruknęła Alwa.
Nie spodziewała się, że dziewczyna utrzymuje z kimkolwiek zażyłe kontakty, uważała ją raczej za typ samotniczki, która boi się siebie: swojego daru, swojego Kamienia, który przepowiadał przyszłość.
- Ten kwiat jest bardzo popularny w okolicach Drugiego Lasu i Gór Tirdorinu, ale gdzie indziej trudno go znaleźć.
- Tirdorin... To tak daleko... - Maria odwróciła głowę w stronę wschodzącej Aiarny. - Nikt tam nie był od tysiąca lat, mamy dostęp jednie do gór.
- To prawda. Nyę ochrania pole siłowe, ale przez to nie mamy kontaktu z innymi krajami. Niestety, Bezimienny czyha na nas od strony południa i zachodu. Nie możemy zdjąć pola.
- Czyli jesteśmy zupełnie bezpieczni i ci cali Zaprzysiężeni to kłamstwo?
- Teoretycznie tak. Ale pojedyńcze osoby po stronie Bezimiennego co jakiś czas przekraczają tę granicę. Dopiero dwa miesiące temu dowiedzieliśmy się o łączniku, nowym wynalazku Bezimiennego. Przykładasz łącznik do pola siłowego i otwiera się przejście.
- Nie byłoby lepiej zdjąć to całe pole siłowe? Moglibyśmy wtedy przynajmniej poprosić Tirdorin o pomoc, a tak siedzimy w Nyi jak w klatce, w dodatku Bezimienny może ją otwierać kiedy chce.
- Nie do końca - czarodziejka zamyśliła się. - Bezimienny produkuje różne modele łączników, lepsze i gorsze. Najlepszy niweluje 3×3 metry pola w cztery dni, najgorszy nawet w dwa miesiące.
- Nie moźe po prostu podpiąć się w kilku miejscach naraz?
- Zależy jakiego modelu używa. Zły model - nie może. Dobry - może, ale tylko w dwóch. A, te kwiaty. Trochę zboczyłam z tematu. Nazywają się rozeiami. Kielich rozeiami jest wielkośći... wielkośći maku, lecz rośnie przy ziemi, nie ma długiej łodygi. Posiada siedem płatków w różnych kolorach. Każdy kolor ma inne zastosowania. Czerwony płatek (podobnie jak każdy inny) trzeba pokruszyć na drobne kawałki i zasuszyć, aby długo utrzymywać jego właściwości. Odpowiednio zakonserwowany może wytrzymać nawet rok! Jeżeli natrze się nim twarz osoby pogrążonej we śnie, kiedy ta się obudzi zakocha się w pierwszej osobie, którą ujrzy. Stan zauroczenia trwa równo trzydzieści dni. I nie ma na to ŻADNEGO antidotum. Pomarańczowy płatek daje szczęście.
-To dlaczego nie używasz go zawsze? Ile bym dała, żeby choć raz być w pełni szczęśliwą!
- Mario, kochana... to nie do końca tak działa. Chodzi o szczęście jako powodzenie, a nie jako radość. Zbyt dużo takiego sztucznego szczęścia odwraca od rzeczywistości. Żeby pomarańczowy płatek zadziałał, trzeba wetrzeć go w dłonie, dokładnie szczyptę, a szczęście będzie trwało całą dobę. Lepiej nie używać pomarańczowego płatka częściej niż raz na pół roku. Żółty płatek lśni. Kiedy rośnie na rozeiami działa przez cały czas, lecz gdy się go zerwie może błyszczeć tylko przez siedem dni. Jest jednak na to sposób: zasuszyć i pokruszyć na drobne kawałki. Wtedy przestaje świecić do czasu, aż się go uaktywni. Można to zrobić następująco: szczyptą potrzeć koniuszki palców, te będą świecićprzez tydzień. Mam tutaj jedno zastrzeżenie: otóż świecące palce trudno zamaskować, więc żółtego płatka używaj rozważnie! Zielony płatek uzdrawia z każdej, nawet najgorszej choroby. Tu również należy zakonserwować płatek, natrzeć nim ręce i położyć na ciele chorego. Wyzdrowieje w ciągu trzech minut! Niestety, ma to jedną wadę: nie można uleczyć samego siebie. Niebieski płatek sprowadza dzień, granatowy noc. Oba działają podobnie. Trzeba oczywiście zasuszyć i pokruszyć, następnie nałożyć trochę pyłu na ręce i powiedzieć: "Powstań, Aiarno, znad horyzontu, wzywam cię" albo "Upadnij, Aiarno, skryj się przed światem, żegnam cię". Fioletowy płatek wywołuje siedmiogodzinny sen, tak głęboki, że nie można się z niego obudzić. Metoda zakonserwowania jest ta sama co w pozostałych sześciu płatkach, teraz działanie: musisz nałożyć szczyptę na rękę, dmuchnąć na nią i powiedzieć: "Śpij, śnij, nie obudź się". Wtedy osoba o której pomyślisz zaśnie - Alwa dała Marii jeden ze swoich pasków, do którego było przyczepione osiem małych woreczków, każdy w innym kolorze. - To dla ciebie. Po pięć szczypt na każdy płatek plus siedem myśli telepatycznych.
- Na prawdę dziękuję. Zbierałaś to tak daleko stąd... Zatrzymaj to sobie...
- Nie! - czarodziejka zmarszczyła brwi. - Nie daję tych prezentów tylko dlatego, że mi się chce. Nie masz Kamienia, nie masz następczyni, nie potrafisz walczyć! Jeżeli zginiesz bez następczyni Dynastia Błękitnego Kamienia przepadnie i będzie nas tylko jedenastu! Więc słuchaj mnie, bo nie tylko jestem twoją Przywódczynią, ale też Nya jest zagrożona!
- Przepraszam - Maria spuściła oczy.
- Nic nie szkodzi. To ja przepraszam. Poniosło mnie po prostu. O, patrz, pierwsi już się pojawiają. Widzisz? Jest Ygerna, Eimono, Nik, Rin i Sigma...
- Sigma? Nik? Rin?
- Później ich poznasz. Diana, Tamara, Beryl i... On!
- Kto?
- On!
- Jaki on?
 - On! Tak ma na imię!
- Aha... Ten On. Nie spodziewałam się. Tylko wiesz, niezbyt orientuję się w tym nowym składzie... Ygernę kojarzę. Eimona też. Ale Nik, Sigma...
- Nie martw się, przedstawię cię naszej grupie. Chodźcie, kochani! - pomachała ręką.
Zaprzysiężeni usiedli w kręgu na trawie. Dlaczego Przywódczyni kobiet użyła telepatii, żeby ich przywołać? Przecież minęła dopiero szósta, a zebranie było sześć godzin później.
- Gdzie jest Przywódca? - pytała męska część grupy.
- Dlaczego jesteśmy tu tak wcześnie? - krzyknęłą Ygerna, niezadowolona, że Alwa obudziła ją ze snu; Ygerna wróciła do domu o trzeciej nad ranem i liczyła na sen dłuższy niż zazwyczaj.
Krzyk narastał.
- Cisza - rozgrzmiał głos Przywódczyni. - Nie mamy czasu na kłótnie. Kiedy nie ma Skały, kiedy nie ma Przywódcy, ja przewodzę również męskiej części grupy. W tym momencie macie słuchać moich rozkazów. Dziś w nocy ktoś napadł na Marię w jej domu. Uciekła, ale zabrano jej kamień. Musimy zrobić dwie rzeczy: złapać złodzieja (co jest oczywiste) i przetransportować Marię do Seriklonu, stolicy i poprosić królową o miejsce na zamku. Wiecie, mam nadzieję, dlaczego. Jeżeli ktoś zabije Marię, Dynastia Błękitnego Kamienia zginie. Podzielimy się na dwie grupy. Jedna uda się z Marią do Seriklonu, druga zajmie się pościgiem. Chwileczkę, muszę się zastanowić kto ma z kim iść. Do pościgu muszą iść osoby silne, wytrwałe i szybkie w nogach.
- My się nie rozstajemy - rudowłosa Rin objęła ramionami swojego brata i jego przyjaciela. - Nie rozdzielisz nas.
- Nawet nie zamierzałam. Wy troje nadajecie się idealnie. Pójdą z wami także Przywódca, Ygerna oraz Diana.
- Moment - zaprotestowała Diana. - Niedawno dowiedziałam się o pewnej chorobie, okyma... to dość zawstydzające i chcę o tym porozmawiać w cztery oczy z Alwą - podeszła do Przywódczyni. - No wiesz co? - szepnęła z wyrzutem. - Wiesz, że ja i On... nie chcemy iść osobno. Jesteśmy przyjaciółmi, powtarzam; tylko przyjaciółmi. Wiem, co TY o tym myślisz, ale... - Diana spojrzała wymownie na czarodziejkę. - Plotkowałaś o tym? Komu powiedziałaś?
- Tylko jednej osobie, Marii.
- Tej Marii? Marii, która opuściła was cztery lata temu z powodu jakiejś błahostki? Po prostu... Jesteś beznadziejna.
- Czekają na nas. Dobrze, pójdziesz z Onem, ale nie licz więcej na moją życzliwość - białowłosa czarodziejka odwróciła się. - Czyli w porządku, tak? Wyczaruję dla pogoni trochę jedzenia i ruszamy w drogę. Tamara, ty też idziesz do pogoni.
- Ja też mam zastrzeżenia - odezwała się Ygerna. - Jestem zmęczona, położyłam się spać o trzeciej w nocy z powodu misji, obudziłam się o szóstej również z powodu misji więc nie mogę gonić teraz złodzieja!
- Dobra, Ygerna idzie do Seriklonu, a Eimono do pogoni! I już żadnych dyskujsji! - skupiła się i przed nimi pojawiło się sześć ciężkich worków. To dla pogoni.
Alwa skupiła się jeszcze bardziej i przed nimi pojawiła się zaspany mężczyzna.
- Jeszcze pięć minut...
- Ty spałeś - Przywódczyni oburzyła się. - Dobra. Nie mamy już czasu. Grupa pogoni: Skała, Rin, Sigma, Tamara, Eimono i Beryl pójdą w kierunku... Jak myślisz, Nik, gdzie zmierza włamywacz? - spojrzała na niego z wyczekiwaniem.
- Musicie przejść przez Hwank, pola i ominąć jeziora Kiu. Wtedy na pewno nie zabłądzicie. A jak nie będziecie wiedzieli, gdzie iść wyślijcie myśl telepatyczną. Ostatnio Alwa dała wam cały zapas.
- Słyszeliście? - krzyknęła Alwa. - Macie iść tak jak chce Nik. Skało, po drodze ci wyjaśnią o co chodzi. Ruszajmy!

sobota, 10 stycznia 2015

"Zaprzysiężeni" Rozdział 1

Przepraszam, że tak długo mnie nie było, ale cóż, wczasy to wczasy. Tymczasem rozpoczynam nową serię (co nie znaczy, że tamtą porzucam) pod tytułem Zaprzysiężeni.
Rozdział 1
Noc okryła niebo płaszczem w białe kropki. Maria uśmiechnęła się słabo do gwiazd. Tylko u niej paliło się światło. Spojrzała na zegarek. Dochodziła pierwsza. Czy nie warto choć na kilka godzin zapomnieć o przekleństwie, które leżało na mocnym stoliku?
"Nie jesteś już małą dziewczynką, masz  dwadzieścia cztery lata, pora skończyć z koszmarami" - tłumaczyła sobie.
Nadeszła pora wspomnień, strasznych i cudownych. Rozlany sok wiśniowy zamienił się jak w kalejdoskopie w kałużę krwi Mistrzyni... Jak ona się nazywała?
"To było dawno. Musisz zapomnieć, albo nie wytrzymasz do jutra." - szeptał głos w głowie.
Doradzać zawsze łatwo. Ale pomagają tylko przyjaciele. Właśnie. Jak się ma Dziewanna? Z osób, z którymi rozmawiała bez obawy, że coś wypapla pozostała tylko ona. Na siostrze nie mogła polegać od ośmiu lat; nie mogła polegać na kimś, kogo okłamywała każdym ruchem. Wpatrzyła się w gwiazdozbiór Nożownika. Jak ludzie widzieli w kupce świateł człowieka, rzemieślnika? Fantazja. Rzecz, w którą los ją nie wyposażył. "Musisz mieć jakiś talent, może jeszcze go nie odkryłaś?" Cała Dziewanna. Gorąco jej serca roztopiło wewnętrzny lód. Łza pociekła po policzku Marii.
Leżący na nocnym stoliku bladoniebieski klejnot zamrugał niczym gwiazda.
"Nie teraz" - pomyślała. - "Nie o pierwszej w nocy."
Sygnał powtórzył się.
"Mówiłam, że nie teraz."
Brunetka zorientowała się, że stoi przy kamieniu i dotyka go, bierze do ręki... Natychmiast zasłoniła oczy. Odgłos przewracających mebli działał jak muzyka. Niby niema, a wiadomo o co chodzi. Przerażenie. Strach. Groza.
"Nie. Nie obchodzi cię to." - irytujący rozum, tym razem miał rację.
Kilka chwil w nieobecnym milczeniu, obserwowanie myśli przepływających z tematu na temat aż wreszcie odurzenie rzeczywistością
"Kim jesteś?" - zadawała to pytanie każdej nocy. - "Jesteś Zaprzysiężoną. Ale kim właściwie jest Zaprzysiężona? Jedną z dwunastu osób, które przepowiadaja przyszłość za pomocą swoich kamyków. Czyli pozostała jedenastka jest tą samą osobą co ty? Nie, ja nie uważam, żeby uczestnictwo w tym czymś było wielkim zaszczytem. A oni tak uważają? No... chyba tak, oni chodzą na .te swoje Zgromadzenia i w ogóle... Właśnie, najbliższe już jutro. Pójdziesz? Nie. Pora spać."
Zgasiła światło.
Trzy wilki biegną. Gonią mnie. W pośpiechu przemierzam las, ciemny i straszny. Wiatr hula między drzewami, które próbują mnie zatrzymać. Gałęzie raz po raz chłostają po twarzy. Nie zatrzymuję się. Mój klejnot wisi na czole pierwszego wilka. Prowadzi go, wie gdzie skieruję kroki. Zwierzęta przybliżają się. Nie wytrzymam. Kilka metrów ode mnie biegnie czarnowłosa kobieta. Nie ucieka przed wilkami. Podąża za mną. Czuję się bezpieczniej.
- Chcę tylko klejnotu - mówi.
Patrzę na dłoń, widzę bladoniebieski kamień, który wyślizguje mi się z dłoni. Po chwili ląduje w dłoni nieznajomej. Tracę ją z oczu. Letnia noc wiruje, wciąga mnie w swoje niezrozumiałe ruchy, tańczę razem z nią. Pomogła mi. Uciekłam.

Idę z jakimś facetem leśną drużką. Kolorowe liście kładą się przed nami niczym dywan. Trzymamy się za ręce, zachodząca Aiarna otwiera podniebne sfery czerwieni, różu i fioletu. Jego niebieskie oczy błądzą i omijają mnie. Blada twarz spogląda z największym wstydem. Rumieni się. Spogląda na mnie i znów odwraca głowę.
- Diano... - zaczyna. - Chciałbym ci coś powiedzieć... Tylko proszę, nie zrozum mnie źle...
Jak to: Diano! Zataczam się, maleję, spadam w dół...
Wilki. Znowu mnie doganiają. Pędzę co sił w nogach, czuję ich gorące oddechy...
-Proszę, nie zrozum mnie źle. Chciałbym ci powiedzieć, że...
Przewracam się. Uderzam głową o kamień.
- Kocham cię, Diano.
Wilki. Stoją nade mną. Powoli rozrywają na strzępy, rozkoszują się smakiem ciepłego mięsa... 
"To tylko sen, Mario, uspokój się."
Dziewczyna szybko oddychała. Usiadła na łóżku. W ciemnościach czaiły się potwory. Zapaliła światło. Strachy odeszły, jakby wyparowały, jakby nigdy nie pojawiły się w pokoju brunetki. Wyjrzała przez okno. Niebieskie oczy prześlizgiwały się po oświetlonych latarniami ulicach. Skamieniała. Słyszała chrobotanie, coś przesuwało się po ścianie budynku. Spojrzała w dół. Czarny cień wędrował w kierunku jej okna. Stała w bezruchu. Azalia. Siostra. Może jej się coś stać!
"Uspokój się. Azalii nic się nie stanie. Chcą tylko ciebie."
Potykając się o krzesła Maria zerwała się na nogi i pobiegła, ile sił w nogach. Drewniane schody skrzypiały pod jej stopami. Z pokoju dobiegł brzęk tłuczonego szkła i łomot przewracanych mebli. Dziewczyna znalazła się na świeżym powietrzu. Cisza i samotnośc letniej nocy napawała ją lękiem, więc ukryła się w cieniu domu. Chwilę później z budynku wyszedł włamywacz. Rozejrzał się i zniknął w mroku.
"Czego on chciał? Na pewno dostał to, inaczej by nie wyszedł. Może spanikował. Tak czy inaczej, trzeba zajrzeć, żeby zobaczyć, co zabrał. A jeżeli to czarodziej?"
Widziała już ich moc i iluzje; mógł stworzyć swoją niematerialną replikę, żeby zwabić ją do środka.
"Nie będziesz teraz stała i myślała."
Każdy krok okazywał się karkołomnym wysiłkiem, wreszcie wychyliła się z cienia i cicho zamykając drzwi wbiegła do domu. Stare schody skrzypiały niepokojąco. Dotarła na pierwsze piętro, gdzie mieścił się jej pokój. Z pomieszczenia wydobywał się ostry blask lampy. Po pokoju krzątała się postać. Nie obawiała się, że ktoś ją dostrzeże: widocznie każdego nie-czarodzieja mogłaby sprzątnąć z powierzchni ziemi. Zauważyła Marię. Niewyraźny cień zbliżył się. Dziewczyna zaczęła wrzeszczeć.
- Ćśśś... uspokój się.
- Azalia! Przestraszyłaś mnie.
Maria starając się nie zwracać uwagi na siostrę przeszukiwała pokój; tajemniczy włamywacz musiał przecież coś zabrać. Inaczej szukałby jej. Spojrzała na nocną szafkę. Brakowało istotnej rzeczy. Przez myśli prześwitywały mgliste obrazy; jedna z Zaprzysiężonych, kobieta o białych włosach mówiła: "Jest błękitny jak twoje oczy".
Piorun odpowiedzi poraził dziewczynę. Kamień. Zabrał kamień.
- Coś ci się stało? - czarnowłosa siostra ziewnęła. - Dlaczego jest bałagan? Co ty robisz?
- Ktoś nas napadł - Maria wpatrzyła się w siostrę. - Mam parę spraw do załatwienia. Muszę iść.
Ostentacyjnym ruchem wzięła butelkę wody, pół bochenka chleba i dwa jabłka oraz spakowała rzeczy do modrego plecaka. Drzwi zamknęły się za nią.
Azalia wybiegła w szlafroku na ulicę i nawoływała ją, ale nie usłyszała odpowiedzi.
Maria pędziła przez ciemne uliczki. Zbliżała się na skraj miasteczka. Jej gardło błagało o wodę. Nie dawała już rady.
Dotarła na skraj Hwanku, przed nią rozciągał się Pierwszy Las: miejsce spotkań Zaprzysiężonych. Podczas każdego pierwszego poniedziałku miesiąca o godzinie dwunastej grupa spotykała się, dzieliła doświadczeniami i ustanawiała, co robić dalej.
Sześciu mężczyzn, tyle samo kobiet. Po jednym szefie dla obojga płci. Odczytywanie przyszłości z kamienia. Po co wybrała pakowanie się w takie bagno? Poprawka. Nie wybierała. Ją wybrano.
"Mówiłaś, że nie przyjdziesz. Co cię natchnęło?" - irytujący głos rozumu.
"Nie mam klejnotu, wiesz jakie to dla nich ważne."
"Nie mogłabys po prostu olać sprawy?"
"Nie. Rozmowa skończona."
Ciemność znużyła dziewczynę.
"Najwyższy czas się trochę przespać"- ostatnia wyartykułowana przez nią myśl rozbrzmiała na skraju lasu równo z cykaniem świerszcza.